poniedziałek, 15 czerwca 2026

Filos Tybetańczyk – moje refleksje

najpierw odwiedzimy obszar, do którego zmarli idą z Ziemi – Dewakan, czyli niebo. - TU SKOŃCZYŁEM CZYTAĆ

I znowu Głos zabrzmiał: „Zebrałeś żniwo, teraz musisz znowu siać. Jestem Duchem Wiecznym w tobie, bądź mi posłuszny. Teraz jesteś w stanie przeciwstawić się mojej obecności, możesz widzieć, słyszeć, mówić; pokonałeś pragnienia i osiągnąłeś samowiedzę. Widziałeś swoją duszę w blasku, słyszałeś głos Pokoju. Idź i przeczytaj, co napisałem w Domu Nauczania, który jest moim Stworzeniem. Czytaj."

Czytałem: „Wytrwać znaczy zaufać. Słuchanie oznacza utrzymywanie drzwi swojej duszy otwartych. Widzieć oznacza osiągnąć zrozumienie moich Dzieł. Mówienie oznacza zdobycie mocy pomagania innym. Pokonanie pragnień oznacza zdobycie kontroli nad sobą. Osiągnąć samopoznanie oznacza przyjść do mnie, skąd możesz bezstronnie zobaczyć osobę, którą byłeś. Zobaczyć swoją duszę w blasku oznacza natychmiastowy przebłysk tej transformacji, która ostatecznie wyniesie cię ponad człowieka.

W czasie zbliżającej się bitwy stój z boku i chociaż musisz walczyć, nie bądź wojownikiem. Szukaj mnie i pozwól mi walczyć w Tobie. Wykonuj moje rozkazy w bitwie. Bądź mi posłuszny, jakbym był tobą. Moje przykazania niech będą twoimi pragnieniami, bo JESTEM tobą, chociaż nieskończenie większy od ciebie. Szukaj mnie, inaczej w ogniu bitwy nie będziesz w stanie mnie zauważyć. Nie poznam Cię, jeśli Ty nie poznasz mnie. Jeśli Twój krzyk dotrze do mnie, och, będę walczyć i wypełnię pustkę w Tobie. A wtedy nie będziesz czuć zmęczenia. Beze mnie zginiesz, ze mną zwyciężysz, bo Ja jestem Duchem.

Teraz posłuchaj pieśni życia w swoim sercu. Nie mów: „Nie ma jej tam”. Słuchaj. Ta piosenka brzmi w każdym oddechu; może być głęboko ukryta, ale tam jest. Żaden nieszczęśnik nie zostanie odrzucony, gdyż wszyscy są dziećmi Ojca, którym JESTEM. Posłuchaj mojej pieśni, bo dopóki jesteś jeszcze tylko człowiekiem, nie będę mówił ciągle, ale twoja siła musi o mnie pamiętać. Zapytaj teraz o materię ziemską, powietrze, wodę, wiatr i szukaj skarbów śniegu. Daję ci mój pokój.

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział 1

CO SIEJESZ, TO ZBIERASZ. ŚWIADOMOŚĆ

Załóżmy, że walka podczas decydującej próby potwierdziła, że ​​nie pozbyłem się jeszcze ludzkich pragnień i wydałem werdykt: „Mene, mene, tekel, upharsin”. Wtedy mój – i Firisa i mój – los byłby podobny do losu Mainina z Kaiful. Ja, zdając sobie sprawę z grozy takiego wyniku, myślę o tym z większym niepokojem niż Ty, mój czytelniku. Oznaczałoby to stanie się bratem demonów i wpadnięcie pod władzę Szatana. Tylko On mógł nas poddać tak wyrafinowanej i tak straszliwej pokusie, aby w razie powodzenia mógł uczynić nas swoimi sługami i dodać nam nową karmę. W końcu tylko jedna chwila służenia Szatanowi tworzy karmę znacznie gorszą, niż najbardziej znany złoczyńca może zgromadzić przez całe długie życie. Oznacza to niewolnictwo. Ale do kiedy? Wiecznie?.. Dopóki materia nie przeminie.

Następnie, gdy niebiosa zostaną zwinięte jak zwój i stopione w wściekłym ogniu, Szatan (Lucyfer) i jego słudzy zostaną wrzuceni do tego jeziora ognia. To jest druga śmierć. W tym momencie cała moc buntowników – ta energia, która w odległej przeszłości stworzyła ich jako oddzielne, silne dusze, utraci swoje osobiste i indywidualne kwalifikacje i powróci do pojedynczego Ognia Żywiołów, który tworzy siły Natury , wiatry, odyki, siły magnetyczne i elektryczne.

Ale nie ma całkowitej anihilacji, nie ma śmierci. Jedyna zmiana, jaka następuje, to zerwanie związku duszy z Duchem i wtedy ten pierwszy powraca do wielkiego bezosobowego Życia Natury, a drugi do Tego, który stworzył życie. A kiedy miliony lat później Ojciec ponownie zgromadzi gorące pierwiastki w mgławicy, w gwiezdnej plazmie, w światach, słońcach i układach, słowem, kiedy nadejdą „nowe niebo i nowa ziemia”, dusze pierwszych rebelianci, pozbawieni indywidualności, ponownie zaczną inkarnować się w życiu protoplazmatycznym. Stamtąd będą ewoluować, wznosząc się coraz wyżej i wyżej, przechodząc przez niezliczone inkarnacje w materialnej wieczności, aż ponownie wpadną w ludzkie warunki. A potem nadejdzie czas nowej, decydującej próby, w której trzeba albo zwyciężyć i odziedziczyć ciężko wywalczone wejście w bezwarunkową egzystencję, albo przegrać i niczym Syzyf powtarzać tę samą żmudną ścieżkę. Nie ma i nie może być śmierci dla Ducha, jest tylko śmierć indywidualności.

Zrozumcie to dobrze, moi przyjaciele, bo taki jest los szatana i taki jest los złoczyńców, którzy się mu sprzedają. Nasz Ojciec dał nam Drogę, na której wszystko jest tak zrównoważone, że nie ma skrętów ani w prawo, ani w lewo, a jedynie podążanie Drogą, na której ci, którzy idą, muszą wykazywać wstrzemięźliwość w jedzeniu i piciu, we śnie i w nocy. wszystkie inne rzeczy spowodowane potrzebami tego pokoju. Osoby uważane za godne otrzymania zmartwychwstania z ciała materialnego bez kolejnych inkarnacji nie zawierają małżeństwa ani nie zawierają związku małżeńskiego; odziedziczą Królestwo Niebieskie, nawet jeśli będą małymi dziećmi. Jednak słowo „niegodny” nie jest zapisane na zawsze przy imionach innych; Nie są jeszcze godni, ale czeka ich próba w następnym wcieleniu. I stanie się to poprzez zmysłowość, która jest obraźliwa dla Ducha, a cierpienie karmiczne będzie ścigać gwałciciela, dopóki nie znajdzie Ścieżki i nią nie podąży. Słuchajcie, jeśli macie słuch i zrozumienie, bo takie są słowa Nauczyciela.

Rozdział 2

Hioba -38:7

Wreszcie doszliśmy do doskonałości, zgodnie ze wszystkimi spełnionymi prawami, wolni od karmy, nieśmiertelni, wolni od potrzeby ponownego wcielenia. I kontemplując to zwycięstwo Ojca w nas, zaśpiewaliśmy pieśń w odpowiedzi na hymn Synów Bożych, którzy byli naszymi przyjaciółmi.

Życie się skończyło, ale istnienie dopiero się zaczynało. Paradoks? NIE. Przez miliardy lat mieliśmy życie, a nie byt, który nie ma początku ani końca, nie podlega rządom czasu i został dany każdemu Ego przez Ojca od wieczności. Życie ma swój początek, więc musi mieć koniec. I ona to ma. Jeśli warunki ostatecznego życia są na tyle mocne, że wiążą przez wieki, wówczas dusza zbacza ze swojego Ja na ścieżkę życia i naturalnie dziedziczy śmierć. Ale jeśli dusza nie poddaje się życiu, ale lgnie do bytu – do swojego Ja – czy powinna umrzeć? Grzech jest złudzeniem powodującym odchylenie od bytu w stronę życia, którego cieniem jest śmierć. Musi umrzeć dusza, która grzeszy i zwraca się w stronę życia przemijającego i jego warunków.

Hymny pochwalne rozbrzmiewały echem we wszystkich zakątkach świata, podobnie jak miało to miejsce „w przypadku powszechnej radości gwiazd porannych, gdy wszyscy synowie Boży wołali z radości”.

Przez jakiś czas Firis i ja nie byliśmy jeszcze w pełni zjednoczeni. Trzymając się za ręce, powoli szliśmy naprzód, aż usiedliśmy na brzegu cicho szemrzącego strumienia. A potem powiedziałam: - Mój bliźniaku, cofnijmy się jeszcze raz do przeszłości, podnieśmy kurtynę za minione lata i przeczytajmy zapisy w Księdze Życia - zwierciadle wszystkich wydarzeń, wizji, dźwięków, form, odbijającym wszystko. To jest dla nas dostępne, bo teraz jesteśmy wolni od karmy, nieśmiertelni i jedno z Ojcem Istnienia, widzimy i wiemy tak jak On wie, bo On jest w nas.

Zastanawialiśmy się nad scenami z naszego odmiennego życia, nad wszystkim, co wydarzyło się na Atlantydzie, i znów ujrzałem piękną księżniczkę Lolix, dla której stałam się ideałem i której los był tak smutny. Gdzie poszła ta dusza, gdy Mainin zamienił jej prochy w kamień? W nieśmiertelnych kronikach czytamy, że jej linia życia przecięła się z naszą. Lolix, która po wcieleniu Posejdońskim znalazła się w Devachanie, doświadczyła tam spełnienia swojego marzenia. Potem narodziła się na nowo i jej linia życia ponownie przecięła moją. Tę kobietę dręczyła karma, ale udało jej się ją pokonać. W jednym ze swoich wcieleń była Elżbietą, moją żoną. Jej zbrodnia w Posejdonii została odpokutowana, podobnie jak moja. Tutaj karma została wypełniona.

Człowiek porusza się w górę, ku Bogu, także na ślepo, w sposób nieprzenikniony, instynktowny, tak jak winorośl zwraca się ku słońcu. Będąc w Sagumie, śmiało zrobiłem krok tak nieoczekiwany dla wszystkich z wyjątkiem Mendoksa, a potem ponownie popadłem w nieprzeniknioną ciemność i rozpacz. Ale instynktownie pozostałem wierny prawu i Elżbiecie, będącej przedmiotem moich wysiłków, i tak szedłem w górę, aż w końcu osiągnąłem wyżyny nieśmiertelności. To samo przydarzyło się mojemu alter ego, Firis. Daleko w dole znajdowały się pustynie życia z jego pozornie pięknymi owocami – jabłkami Sodomy. Ale nawet ten pył jest dobry, bo dzięki niemu dusza doświadcza wyżyn.

Posejdon i wszystkie inne życia zmusiły nas do skosztowania wszystkich gorzkich owoców, ale było to wymagane przez długi powstałe na skutek naszych błędów, gdyż karma jest niezawodnym skarbnikiem. Grzechy dały początek karmie, która domagała się zapłaty. Płacąc, wyrzekłem się wszelkich nadziei i szczęścia, zachowując się jak ktoś, kto na Saharze otwiera swoje żyły, aby ugasić pragnienie przyjaciela. Odrzuciwszy w ten sposób kusiciela, straciłem życie i odnalazłem je na nowo.

Jak wykazały liczne zapisy, karma nie tylko domagała się zemsty, ale za każdy dobry uczynek, jaki kiedykolwiek uczyniłem, wynagradzała mnie w całości, w każdej jocie. To była opatrzność i błogosławieństwa życia. Nie ma w tym nic przypadkowego. Jeśli założymy, że człowiek może umrzeć „w wyniku wypadku”, to nie możemy być pewni, że jutro znowu nadejdzie noc, a po niej znów wzejdzie słońce. Ale patrząc na zachód słońca, nie mamy wątpliwości, że rano wzejdzie słońce. Wszystko – duże czy małe – jest z góry określone. Nie zawsze poprzednie wcielenie; czyn popełniony w zeszłym roku, a nawet wczoraj, również z pewnością przyniesie owoce.

Jednym słowem, Firis i ja widzieliśmy, że znaczenie lekcji życia kryje się w słowach „To, co się dzieje, nadchodzi” - w świadomości prawa przyczyny i skutku. Być może ktoś skrupulatnie zaprotestuje, że „przypadek istnieje i nie wszystko jest z góry ustalone”. Nie kłócę się, bo „ci, którzy mają uszy do słuchania”, zrozumieją mnie. Nie możesz zobaczyć, co kryje się za pasmem górskim, dopóki nie wejdziesz na wyższy szczyt. Dla doskonalszej wizji przypadek jest tylko częścią projektu, a nieporządek jest częścią porządku.

Rozdział 4

UPADEK ATLANTYDY

Ponownie skierowaliśmy wzrok na Atlantydę i wiele zrozumieliśmy. Widziałem przeszłość, ten odległy okres, kiedy sama Ziemia była jeszcze dzieckiem w kolebce czasu. Atlantydzi – przedstawiciele najważniejszych ludów prehistorycznych – liczyli prawie trzysta milionów dusz w samej Posejdonii i jej koloniach. Atl był znany na starożytnej Ziemi jako Atlan - „Królowa Fal”, a jego lud nazywano „dziećmi Incala”, czyli słońcem, lub „dziećmi Boga”… Jaki upadek czekał wielki kraj ! Teraz tam, gdzie kiedyś stała Atlantyda, widzę tylko dno niespokojnego oceanu, pokryte mułem i błotem. I tylko jasnowidz, który zajrzał do kronik astralnych, może dowiedzieć się, że było to kiedyś siedlisko ludzkie.

I tak znowu naszym oczom ukazał się obraz, który widzieliśmy tak wyraźnie, jak kiedyś mogły go kontemplować oczy mojej biednej, słabej i współczującej osoby, Tselma. Było to majestatyczne Caiful, cesarskie miasto, a tam, w oddali, niewiele ustępujący wielkością samej stolicy, wznosił się Marceus z wieżami, kominami i wysokimi budynkami - największy z ośrodków przemysłowych Atlan. Posiadało wiele zakładów i fabryk, które zaopatrywały całą Posejdonię w vailuki, neimy i inne maszyny i urządzenia, a także tkaniny, chleb oraz niezliczone artykuły gospodarstwa domowego i dzieła sztuki. Ponad milion ludzi wróciło do domu po pracy w Vailuks, pokonując w ciągu kilku minut odległości od pięćdziesięciu do stu mil... A wszystko to miało zginąć z powodu ludzkich nałogów zaledwie kilkaset lat później! Tu i ówdzie zauważyłem błysk kanałów doprowadzających wodę z rzek i strumieni, a także wytwarzanych przez generatory, takie jak ten, który Tselm miał podczas swoich ostatnich dni w Umaur.

Widzieliśmy świat tak, jak widział go Tselm: Suern z milionami ludzi; Necropan, w którym mieszkało ponad dziewięćdziesiąt milionów ludzi; Europa, będąca wówczas jeszcze krajem niecywilizowanym, zajmująca zaledwie jedną szóstą swego obecnego terytorium; Azja, też nie tak rozległa jak obecnie, ale już licząca ponad pół miliona dusz. Ale najbardziej błyskotliwą i tętniącą życiem cywilizacją, której chwała mogła konkurować z chwałą dzisiejszej cywilizacji, była dumna Atlantyda!

Jedenaścieset milionów ludzi, cywilizowanych i półcywilizowanych, i ta sama liczba wówczas jeszcze absolutnych barbarzyńców, rozproszonych po całym kontynencie i wyspach - taki był świat Tselmy w ogóle... Liczba przedstawicieli rodzaju ludzkiego, a zwłaszcza jego wzrost gospodarczy w ciągu ostatnich kilku pokoleń przeraża pesymistów. Ale największy z takich pesymistów, Malthus, nie musiałby się martwić, gdyby wiedział, że „świat wznosi się i opada, a słońce zastępuje deszcz”.

Liczba ludzi na świecie stale się zmienia; Czasem jest ich więcej, czasem mniej, gdyż niektóre dusze przychodzą na Ziemię z Dewakanu, inne opuszczają Ziemię i udają się do Dewakanu. Ale teraz, gdy jedna dusza odchodzi, często przychodzą dwie. I choć wydaje się, że światowe zasoby dusz mogą się wyczerpać, to zasoby te zawsze będą przewyższać zapotrzebowanie na nie. Tak to jest zapewnione. Wszakże od Ojca pochodzi ściśle określona liczba Promieni Ludzkich i tylko oni posiadają Życie lub kiedykolwiek będą je posiadać. Po prostu przychodzą i odchodzą, jak przypływy i odpływy, teraz na Ziemi, teraz w niebie. Dlatego maltuzjanie nie mają się czego obawiać.

Przyjrzeliśmy się także temu Atl, jaki miał miejsce około trzydzieści wieków po tym, jak ja, to znaczy Tselm, opuściłem ten kraj i udałem się do Devachan. Kaiful wyglądał już inaczej – wiele stracił. Nie, znaczna część materiału, który kiedyś widziały moje ziemskie oczy, jeszcze nie zniknęła, ale ludzie nie byli już tymi wysokimi, szczupłymi i szlachetnymi ludźmi, jakich znali Tselm i Anzimi, bo kiedy rozpoczyna się okres upadku ludzkości, sama natura ludzka zauważalnie się zmienia na gorsze.

Marceus – miasto rzemiosła i sztuki – już nie istniało, zniknęło jeszcze przed kataklizmem. Sztuka nie ucierpiała tak bardzo jak nauka. Ten ostatni, który wcześniej czerpał wiedzę z tajemniczych sił natury – z Nawazu, przestał istnieć, statki powietrzne, a także wiele innych znanych Tselmowi urządzeń, poszły w zapomnienie i stały się niemal mitem. Nazwy - wspaniałe bezprzewodowe nadajniki, wokaligrafy, urządzenia do wymiany ciepła i wytwarzania wody - wszystko to przepadło w nocy czasu. Ale przeznaczeniem ludzi XX wieku jest ich ponowne odkrycie. „Ten Dzień” trwa 280 wieków i wkrótce dobiegnie końca.

„I nastał wieczór, i nastał poranek: dzień siódmy”. Wy, mężczyźni i kobiety, którzy słuchacie mojego przesłania, jesteście ludźmi nowego Dnia i macie odziedziczyć na zawsze wszystko, co pochodzi od naszego Ojca. A u schyłku nadchodzącego Dnia wzniesiecie się do niebios, aby zostać ocaleni od końca wszystkich rzeczy, kiedy „ziemia i wszystkie dzieła na niej zostaną spalone”.

Ale teraz powinienem zwrócić się do przeszłości, a nie do przyszłości. Nasiona rozkładu, zasiane w sercach Atlantydów przez Złego, pana Mainin, dojrzały i wykiełkowały. A potem, kilka wieków po erze Walluna i Tselma, rozpoczął się długi, stały ruch w dół: mężczyźni i żony Posejdonii stracili szacunek do siebie, a strata ta objawiła się we wszystkim i doprowadziła do zepsucia i rozkładu całego narodu .

To była jedna z tych faz rozkładu, którą widzieliśmy po raz kolejny. Naszym oczom ukazał się spektakl – kobieta, na której twarzy odcisnęło się boskie światło z całą mocą swego przemieniającego piękna. Jej wątła postać zdawała się należeć bardziej do nieba niż do ziemi. Luźna szara sukienka powiewała na wietrze, długie kosmyki ciemnych włosów, nieskrępowane, opadały jej na ramiona. Jej surowa twarz płonęła współczuciem i rozpaczą, zmieszaną z cudownym blaskiem wzruszającej, gorącej, szczerej nadziei, że ktoś usłyszy jej wołanie i opuści ścieżkę, którą powinna podążać.

Odważnie rzuciła wyzwanie istniejącemu systemowi, ze złością potępiając zakorzenione w religii straszliwe krwawe ofiary, udowadniając, że są one diametralnie sprzeczne ze sprawiedliwością, Bogiem, człowiekiem i prowadzą do upadku narodu. W tłumie dało się słyszeć ochrypłe, wściekłe krzyki księży. Głosem, który wciąż rozbrzmiewa i będzie rozbrzmiewać na zawsze w kronikach astralnych dla tych, którzy mają uszy zdolne do rozróżniania takich psychicznych tonów, zawołała ze wzniosłości do zwróconych do niej twarzy:

„Nieszczęśnicy! Czy naprawdę myślisz, że Incal przyjmie krew niewinnych zwierząt, aby odpokutować za twoje grzechy? Ktokolwiek tak twierdzi, kłamie! Incal, Bóg nigdy nie przyjmie niczyjej krwi ani żadnego symbolu, który stawia niewinnego w miejsce winnego! Hańbicie Incaliflon i Miejsce Najświętsze, i samo Światło Maxine, kiedy kapłan umieszcza zwierzę na Kamieniu Theo i wbija mu nóż w serce, wycina je i wrzuca jak ofiarę do Nieugaszonego Światła. Tak, Nieugaszone Światło oczywiście natychmiast go pochłania. I myślisz, że to przynosi satysfakcję Incalowi. Jesteście potomstwem żmij, wy kapłani jesteście szarlatanami i czarownikami!”

Na te słowa jeden wściekły Incali schylił się i podniósł ostry kamień. Obok niego leżały nosze trzymane przez niewolników ze spuszczonymi głowami. Na noszach, w miękkich jedwabnych poduszkach, leniwie leżała kobieta, lśniąca okrutnym pięknem - ucieleśnieniem bezwstydu, była bowiem zupełnie naga, tylko gęste włosy, opadające ciężką falą z jej pięknej głowy, ledwo zakrywały jej nagość. Jednak taki otwarcie obsceniczny wygląd nikogo nie oburzył; wręcz przeciwnie, głupi i zły tłum wokół niej wyrażał zmysłowy podziw na wszelkie możliwe sposoby. Niestety, takie sceny stały się codziennością w ostatnich dniach Atlasa. Widząc, że kapłan podnosi kamień, kobieta zapytała:

-Co chcesz zrobić?

„Nic” – odpowiedział.

- Nic? Cóż, oczywiście! Oczywiste jest, że chcesz rzucić kamieniem w tę prorokini. Ale czy masz odwagę to zrobić?

– Nie mogę jej zająć – warknął ponuro ksiądz.

Jakiś głos z rozszalałego tłumu krzyczał, że prorokini należy złożyć w ofierze na Kamieniu Theo, a jej serce oddać Maxine.

- Słyszysz? Zwykli ludzie i inni księża będą po waszej stronie” – powiedział libertyn. - Rzuć kamieniem, ale nie spudłuj.

Kapłan podniósł rękę i rzucił ostrym odłamkiem z całej siły. Wycelował w skroń dziewczyny, a cios, którego mogłaby uniknąć, gdyby go przewidziała, trafił celnie. Wróżka krzyknęła z bólu, splotła ręce, zachwiała się i upadła, spadając z wysokości dwudziestu stóp na twardy chodnik. Tłum, zamrożony tylko na chwilę, wydał z siebie pomruk zadowolenia, a ci, którzy stali bliżej, rzucili się do ofiary tchórzliwego księdza. Kilka osób z kasty Incali chwyciło ciało nieszczęsnej kobiety i zaciągnęło ją za nogi, ręce i włosy w stronę Incaliflon, którego ogromna piramida była widoczna w pobliżu.

- Patrzeć! - powiedziała Firis. - Spójrz na pierwszą ofiarę z ludzi w Kaiful! Przecież zabili mnie, gdy próbowałam powstrzymać napływ występków i zbrodni, w które wmieszał się już Kościół. Następnie powtórzyłem im proroctwo Maxine, ale oni mnie nie posłuchali i zabili. Ta kobieta jest moim wcieleniem, która przyszła na świat trzy tysiące lat po tym, jak byłeś Tselmem i rozstałeś się ze mną, gdy byłam Anzimi.

Tymczasem księża w dziwnym podnieceniu zbrodnią, nie zastanawiając się ani chwili, umieścili ofiarę, która jeszcze nie odzyskała przytomności, na Kamieniu Theo. Następnie arcykapłan, zwany jeszcze Incaliz, zstąpił z Miejsca Świętego, które już nim nie było. Zatrzymał się obok ofiary i zbezcześcił – nie, nie Boga – Człowieka modlitwą do Wszechmogącego, gdyż Bogu można zaszkodzić jedynie krzywdząc Człowieka. Następnie zerwał szarą sukienkę i odsłonił piersi dziewczyny. Uniesione ostre ostrze błysnęło i uderzył. Ciało ofiary, która odzyskała przytomność, przebiegło drżenie. A potem zabójca wyrwał drżące serce i wrzucił je do Nieugaszonego Światła, gdzie zniknęło bez śladu. A ciało wraz z zakrwawionym ubraniem zostało rozszarpane przez krwiożerczy tłum.

Krew zamordowanej kobiety spływa do specjalnie wykonanej wnęki w pobliżu Kamienia Theo. Kapłani rozcieńczyli go winem i w szaleńczym szale jednym haustem opróżnili złote kieliszki tą mieszanką. Scena była tak straszna, że ​​poczułem mimowolnie napięcie. Przecież tą nieszczęsną kobietą, nie, dziewczyną, która oddała swoje życie w imię zbawienia swego ludu od grzechu, była ta, którą wiele wieków wcześniej nazywano Anzimi, a teraz Firis, część mnie. Ale teraz miałam już siłę wybaczyć tę wieloletnią zbrodnię, bo wiedziałam: przestępcy nie wiedzieli, co czynią. Już cierpieli z tego powodu i nadal będą bardzo cierpieć, ponieważ taka jest ich karma.

Kiedy śmierć, zwyciężczyni wszystkich śmiertelników, zebrała swoje żniwo w Atli, te dusze, które zasiały grzech i wzbudziły kąkol, zostały zebrane przez Wielkiego Żniwiarza, a następnie, podczas następnej inkarnacji, kąkol został ponownie zasiany dobrą pszenicą. Ale dusze ludzkie musiały wiele razy starannie wybierać, odchwaszczać i wyrywać chwasty, aż wszystkie zostały wyeliminowane. Tylko wtedy będą mogli odpokutować za grzechy przed Bogiem. Wy, przyjaciele, macie jeszcze wystarczająco dużo żyć, wystarczająco dużo czasu, więc nie marnujcie go!

Po pierwszej ofierze z ludzi pragnienie krwi, które ludzie zaczęli okazywać, stało się nienasycone. Teraz żądali śmierci księdza, który zabił dziewczynę, ponieważ nie przyzwyczaili się jeszcze do prawa, które Incali właśnie sobie przywłaszczyli – prawa do składania ofiar z ludzi. Krzyczeli, że ten, który kamieniem zabił dziewczynę – a podobno nie chcieli, żeby sprawa zaszła tak daleko – sam powinien umrzeć.

Wściekłość tłumu narastała, zamieszki wydawały się nieuniknione, gdy nagle żałosny ksiądz został wypchnięty do przodu, oddając Incali wraz z dziewczyną w ręce pozostałych. A potem przyszło rozwiązanie. Arcykapłan odwrócił się, by rzucić w Maxine serce ostatniej ofiary, ale nagle zachwiał się, jakby uderzony, jego ręka opadła, serce upadło na podłogę i zdumiony kapłan upadł nieprzytomny. Wysoki stożek Nieugaszonego Światła zniknął! Książka Maxine również zniknęła! A na kamieniu pojawiła się postać ludzka – obraz Syna Samotności. W lewej ręce trzymał miecz, a w prawej pióro. I wszyscy usłyszeli głos: „Oto dzień zagłady przepowiadany wiele wieków temu jest bliski! Wkrótce słońce nie będzie już widzieć Atlana w drodze, bo morze pochłonie was wszystkich! Słuchać!"

Potem groźna wizja zniknęła. Ale Nieugaszone Światło nie pojawiło się już więcej. Ludzie uciekli, krzycząc przeraźliwie, zostawiając nieprzytomnego arcykapłana. Kiedy wiele dni później kilku ciekawskich ludzi w końcu weszło do Incaliflon, on tam leżał, bo był martwy. Człowiek ten, chociaż grzeszny, ale posiadał wielką wiedzę, oczywiście przewyższał wielu swoich współobywateli; on – czarownik – wiedział, że ma moc i może powstrzymać upadek Posejdonii, wykorzenić brzydką kpinę grzechu, która zniewalała naród, ale… I wiedząc to wszystko, jego dusza, kierowana strachem i rozpaczą, opuściła jego ciało, aby nigdy nie powrócić.

Osoby opętane zmysłowością, widząc, że przez kilka kolejnych lat nie wydarzyło się nic strasznego, stopniowo opadały coraz niżej; ofiary z ludzi stały się obecnie na porządku dziennym, a żądza, obżarstwo i pijaństwo stały się jeszcze bardziej niepohamowane. A głęboka noc niemoralności okryła Posejdonię czarnym baldachimem.

Jeden mężczyzna, który mieszkał z rodziną w odosobnionym miejscu, nie brał udziału w ogólnej zbrodni. On i jego żona, jak wszyscy zwykli ludzie, również nie zawarli konsekrowanego małżeństwa, ale współżyli zgodnie z zasadą monogamii zwierząt wyższych. To samo uczynili jego synowie i ich żony. Jednak ani on, ani jego krewni nie składali krwawych ofiar. A kiedy monarcha ogłosił, że odtąd nabożeństwa w świątyniach będą sprawowane według nowego porządku - ze składaniem w ofierze dzieci i kobiet, ludzie ci (byli gigantycznej postury, każdy w sile był wart tuzina zdeprawowanych niewolników Raya) ) odmówił wykonania takiego dekretu. Poświęcali tylko owoce i skarby, ale nie krew.

W samotności ich ojciec Neptus otrzymał objawienie. Pochodziło od Synów Samotności (swoją drogą wcale się nie zmienili, pozostali tacy sami jak wcześniej), ale Neptusowi wydawało się, że objawienie zostało mu dane przez samego Boga. Usłyszawszy ponownie przepowiednię o losach Atlantydy, która przez tyle wieków była zaniedbywana przez znających ją Posejdonów, Neptus uznał ją za nową, bardzo poważnie potraktował ostrzeżenie o zbliżającej się zagładzie Atlasa i zaczął zastanawiać się, jak ratuj siebie.

Po Veiluxie nie pozostały żadne wspomnienia. Neptus i jego synowie nie byli wprawnymi budowniczymi, ale kierowali nimi przyjaźni Synowie Samotności, którzy przybyli w formie astralnej. Z ich pomocą ci najlepsi mieszkańcy Atlanty rozpoczęli budowę ogromnego statku, nieporęcznego, ale niezawodnego, na pokładzie którego było wystarczająco dużo miejsca, aby pomieścić kilka osobników różnych gatunków pożytecznych zwierząt zamieszkujących Atlę. Neptus – ignorant – wierzył, że nie ma innych zwierząt poza tymi, które mu znane, gdyż nic nie wiedział o krainach zamorskich i prawie nic nie wiedział o prowincjach w Incalii czy Umaurze, gdyż w tamtym czasie kontakt z nimi prawie już nie istniał. utrzymany. Sąsiedzi i znajomi naśmiewali się z niego, piętnowali go jako bluźniercę i uważali jego synów za szaleńców.

Ale lata mijały, budowa ogromnej arki zbawienia trwała nadal i pewnego dnia praca została ukończona. Następnie Neptus wraz z synami zapełnił ładownie statku zapasami i przeniósł na niego zwierzęta trzymane wcześniej w zagrodach. Nawiasem mówiąc, wiele z tych zwierząt urodziło się już w niewoli i dlatego zostało oswojonych - tak długo Neptus wykonywał swoje dzieło, nie wiedząc, kiedy spełni się straszna przepowiednia. Ostatnie przygotowania zakończono w samą porę. Zaledwie kilka dni później ziemia się zatrzęsła, rzeki wylały ze swoich kanałów lub wpadły w ogromne przepaści, góry rozpadły się, zamieniając się w pagórki i „pochyliły swoje dumne głowy w doliny”.

Bardzo blisko statku ratunkowego pojawiła się szczelina, do której wpłynęła rzeka szeroka na pół mili, która po pięćdziesięciu milach runęła do oceanu ze strasznym rykiem. Do Neptusa podbiegł mężczyzna, prosząc o schronienie. Ale Neptus powiedział mu: „Nie, wcześniej nie wierzyłeś. Mówiłem ci, że ta ziemia powinna znaleźć się pod wodą, ale wyśmiewałeś mnie. A teraz idź swoją drogą i powiedz wszystkim, których spotkasz, że Neptus miał rację.

Ten horror trwał trzy dni i trzy noce. Śmierć szła po całym kraju, góry zostały zmiażdżone i opadły w doliny, rzeki niosły nieskrępowane wody do oceanu. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Rankiem czwartego dnia spadła taka ulewa, jakby otworzyła się otchłań nieba, straszny grzmot nie ustał ani na chwilę. Jednakże bramy otchłani, w którą miał utonąć ten kontynent i duża część innych, jeszcze się nie otworzyły. Miliony ludzi, którzy jeszcze nie zostali zniszczeni, zgromadziły się na wysokich miejscach. Ale nadeszła straszna chwila: nagle cała ziemia zatrzęsła się, jakby przesunęły się jej fundamenty, a potem ziemia zaczęła pogrążać się w szalonych strumieniach. Razem ze wszystkim, co miała na sobie, zanurzała się coraz głębiej pod wodą – jedna, dwie, kilkanaście stóp!

Potem wydawało się, że wszystko się uspokoiło. I deszcz, i miażdżące podmuchy wiatru, i ruch w dół – wszystko ustało, jakby po to, aby ci, którzy pozostali przy życiu, mogli odetchnąć. Przez dzień, dwa, trzy nic się nie działo. Wyczerpani ludzie, ukrywający się w nędznych schronieniach, jakie udało im się znaleźć i które dla siebie przygotowali, odetchnęli z ulgą, mając nadzieję, że wreszcie skończyły się straszliwe zniszczenia. Ale nie! Ci, którzy przeżyli te trzy szalone dni, nawet nie zauważyli pierwszego lekkiego drżenia ziemi, po którym jednym szybkim szarpnięciem w kierunku śmierci wielki kontynent Atlantydy zatonął jak kamień. Zatonął nie tylko na tuzin stóp, ale na mile. Stało się to natychmiast, w jednej chwili.

A Nept? W połowie trzeciego dnia bystre wody uniosły jego statek do oceanu, a wiatry go uniosły, a w chwili, gdy Atlus zanurzył się pod wodę, arka walcząca z burzą znalazła się dwieście mil od tego miejsca. Nie tylko rodzina Nepta została uratowana. Kilka innych osób, również wyniesionych w morze, po kilku tygodniach męczącej wędrówki, w końcu okrążyło południowy przylądek Afryki i popłynęło na północny wschód, do zachodniego wybrzeża Umaury.

Również tutaj straszliwa katastrofa pozostawiła przy życiu tylko garstkę nieszczęśników. Ale tych kilkuset ocalałych rozmnożyło się z czasem i założyło rasę, która ponownie zaludniła krainę odkrytą przez Pizarro wiele wieków później. Ludzie ci nie składali ofiar z ludzi ani zwierząt, ale podobnie jak Neptus ofiarowali owoce Incalowi, którego zaczęto nazywać Inką. Teraz nadali swoim władcom tę nieco zmodyfikowaną nazwę. Część z tych, którzy przeżyli, udała się dalej na północ i zasiedliła ziemie, które w naszym tysiącleciu zostały później podbite przez Hiszpanów Kortezów. Ale ci ludzie nie nauczyli się lekcji i gdy tylko wylądowali na zdewastowanych brzegach, natychmiast zabili kobietę w podzięce za swoje zbawienie.

A co z Neptem? Przez wiele dni jego statek dryfował po spokojnym morzu, którego spokój zakłócał jedynie szum nieustannie padającego deszczu. Na koniec arka została przybita do ziemi. Neptus nie wiedział, że jest w Azji, gdyż był człowiekiem niewykształconym. Kontynent ten nie ucierpiał tak bardzo jak pozostałe, jednak powódź dotknęła całą jego zachodnią część. Wschodnie terytoria Azji, podobnie jak ziemie zwane obecnie Europą i Ameryką, również nie uniknęły częściowego zalania, gdy przepłynęła przez nie gigantyczna fala o wysokości tysiąca trzystu stóp, zrodzona tam, gdzie znajdowała się Atlantyda, w chwili jej połknięcia nad oceanem.

W tym momencie scena wielkiej powodzi została dla nas zamknięta. Firis i ja zagłębiliśmy się w studiowanie kronik dotyczących innych etapów tajemniczej przeszłości. Ale one, choć nie mniej interesujące, nie pojawią się na tych stronach. Powiem tylko, że Rey Wallun stał się Mendocusem, Rey Ernon z Suern był teraz z nami, wcielony jako Mol-Lang. Sohma okazał się Synem Samotności, którego zabrałem ze sobą na Vaelux z Suern, gdy byłem Tselmem. W ten sposób splatają się linie naszego życia. Następnie prześledziliśmy całą drogę zagubionej duszy Mainina: od tych odległych czasów, kiedy Ziemia jeszcze nie wiedziała o Atli, a był on po prostu człowiekiem, który wiele zgrzeszył, aż do momentu, kiedy on, który w końcu stał się sługą Szatana i został wydalony z szeregów ludu, przeklął Syna Bożego – „pierworodnego z umarłych”.

Patrząc w przeszłość, widzieliśmy ścieżkę tego pierwszego Promienia, który dał Posejdonii Kamień Maxine i Nieugaszone Światło, Prawodawcę. Każda osoba, w którą wstąpi Duch Chrystusowy, stanie się Synem Bożym i będzie równy Gautamie. Ale Chrystus nie wejdzie do nikogo, kto nie podąża Drogą. Ten Potężny następnie przeklął Mainina. Ponieważ jednak drogi Mainina skrzyżowały się z naszymi, mogłem stać się dla niego narzędziem miłosierdzia, jakie dał mu Chrystus. Ale to jeszcze nie miało się wydarzyć.

A potem, zaglądając w czasy poprzedzające życie Tselma, zobaczyliśmy wielki kontynent Lemurię, czyli Lemorus. Zobaczyliśmy duży kamienny dom stojący na trawiastym trawniku w dolinie, nad którym po zboczach przemierzały stada bydła i niezwykłe wysokie trójpalczaste konie. Daleko na wschodzie rozciągało się wysokie pasmo górskie, a za nim rozciągał się wielki ocean. Pomiędzy domem a górami błyszczała srebrna tafla jeziora. W domu mieszkało wiele osób, służących jednej kobiecie i jej synowi. Wszystkie twarze nosiły piętno mroku i krwawego okrucieństwa. Syn kobiety wydawał polecenia najważniejszemu ze służących. Moją uwagę przykuł ten niewolnik, obrzydliwy z wyglądu i okrutny, będący uosobieniem okrucieństwa. Jego skóra wyglądała, jakby została spalona przez słońce, a dłonie przypominały szponiaste łapy. Szmaty ledwo zakrywały ciało.

Po otrzymaniu rozkazu zniknął, ale wkrótce wrócił, popychając przed sobą dwie związane osoby, najwyraźniej należące do innego narodu. Jeden z jeńców, giętki, szczupły młody człowiek z dumnym wyrazem swojej szczupłej twarzy, był wówczas, dwadzieścia trzy tysiące lat temu, osobą, która jest teraz Sohmą. Drugą więźniarką była dziewczyna lśniąca wyjątkową urodą, najwyraźniej siostra młodego mężczyzny. Na jej widok, iskrzący się jak węgle spod kudłatych brwi, wściekłe oczy właścicielki domu rozjaśniły się podziwem. Jego ciężka sylwetka, szorstka szczęka, potężna szyja i okrągło ogolona głowa – wszystko zdradzało władczą naturę, przyzwyczajoną do dowodzenia tłumem dzikusów. Mężczyzna ten wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć jeńca. Odsunęła się i spojrzała na niego z królewską pogardą.

- Ha! Jak dotykalny! - powiedział właściciel. - Wszystko w porządku, niedługo się zmienisz.

Skinął głową głównemu niewolnikowi. Rzucił młodzieńca na blok kamienny przypominający ołtarz i związał go. Ale złożony w ofierze jeniec powiedział stanowczo:

- Siostro, nie poddawaj się! Lepiej umrzyj!

- Każ mu się zamknąć! – warknął właściciel. Niewolnik chętnie i szybko odciął młodzieńcowi język.

- Bestia! - powiedziała dziewczyna właścicielce.

- Ha! Teraz udowodnię, że tak jest naprawdę” – powiedział z uśmiechem i sam wbił sztylet w nagą pierś młodzieńca, po czym wyrwał mu serce i rzucił jeńcowi pod nogi.

Matka właściciela, kapłanka stojąca obok ołtarza, napełniła szklankę krwią młodzieńca, zajrzała do niej i powiedziała:

„Bogowie mówią, że dziewczyna też musi umrzeć”.

- Czy oni naprawdę tak mówią?.. Ale nawet jeśli taka jest wola bogów, przysięgam, że nie będę jej posłuszny! – zawołał właściciel. - Nawet jeśli moim żołnierzom grozi śmierć, a król upadnie!

„Mój synu” – sprzeciwiła się kapłanka – „nie możesz uniknąć tej ofiary i pozostać przy życiu”. Tak mówią bogowie.

- Nie mogę?.. Niech więc bogowie będą zadowoleni. Daj mi swój nóż. „Wziąwszy sztylet, dotknął ostrego ostrza i zapytał ponownie, nie odrywając wzroku od ostrza:

„Czy bogowie nadal tak twierdzą?”

„Tak” – powiedziała kapłanka.

„Rozwiąż ją” – rozkazał właściciel, kiwając głową w stronę nieprzytomnej jeńca. Wykonawszy natychmiast rozkaz, kat przyłożył ucho do jej piersi, po czym wyprostował się i uśmiechając się z zadowoleniem, powiedział:

- Ona nie żyje. O bogowie, przyjmijcie tę ofiarę!

W następnej chwili otaczający go ludzie zobaczyli, jak nóż przeleciał nad jego ogoloną głową, a chwilę później właściciel wbił mu go w pierś. Tak zginął silny wojownik, którego serce nie znające miłosierdzia tęskniło za miłością. „Bogowie muszą dostać krew” – pomyślał i oddał swoją.

Kim był on i ta dziewczyna, która umarła ze strachu? Ja i Firis!

Rozdział 5

CZŁOWIEK JEST Okrutny DLA OSÓB

I znowu ukazały mi się sceny z martwej przeszłości. Widziałem siebie wcielonego w niewolnika, źle karmionego i źle traktowanego, zawsze głodnego, ale zbyt nieszczęśliwego, by okazać oburzenie. Potem umarłem z głodu i wtedy w Devachanie znalazłem pozorne spełnienie moich pragnień.

Potem miało miejsce moje nowe wcielenie. Zgodnie z prawami karmicznymi, których nie będę tutaj wyjaśniał, to nowe „ja” żyło w dobrobycie, zadowoleniu i obfitości. Ale karma fizyczna nadal mnie prześladowała: pośród całej tej obfitości zawsze byłem głodny i leniwy, gdy wymagane było zdecydowane działanie. Ten stan przerodził się w chorobę. W wyniku „okrucieństwa człowieka wobec człowieka” (z poprzedniego życia) zachorowałam na raka żołądka.

Choroba uwolniła mnie od nieposkromionego apetytu, a sybaryta zabrał się do dzieła uzdrawiania. Zdając sobie sprawę, że wkrótce czeka mnie śmierć, zacząłem szukać pocieszenia w religii i udałem się na pustynię, aby zostać pustelnikiem. Ale życie pustelnika jest bezużyteczne dla ludzkości. Co więcej, w tym samotnym stanie moja indywidualność utraciła możliwość rozwijania siły moralnej poprzez kontakt ze światem.

Potem, po śmierci, ujrzałem siebie w nowym wcieleniu – tego samego Tselma, wciąż zbyt słabego duchowo, co umożliwiło mój grzech z Lolixem. W rezultacie stworzyłem nową karmę, która nabrała mocy i zakończyła się dopiero kilka lat temu, a jej kara, jak wiadomo, była znacznie gorsza niż śmierć. Tak, Tselm cierpiał z powodu smutku, ale jak wiesz, czytelniku, dostępna była dla niego także radość. Ponieważ każde życie karmiczne składa się ze słońca i cienia. "Wet za wet"? Tak! Ale także „pocałunek za pocałunek”.

Rozdział 6

DLACZEGO ATLANTYDA Umarła

Oglądanie łańcucha wydarzeń życiowych, jakie miały miejsce na Atlantydzie, uświadomiło mi, dlaczego wszystkie wspaniałe osiągnięcia Posejdonii przestały istnieć bez śladu, dlaczego Atlus, który, mówiąc metaforycznie, trzymał wysoko lampę swojej nauki nad cały świat, zginął pod wodami, udał się w tajemnicze otchłanie, by ukryć się przed wiedzą jeszcze bardziej niż cienie Pompejów i Herkulanum kolejnych wieków.

Oto historia upadku Atlantydy. W miarę upływu stuleci, które nastąpiły po panowaniu Walluna – dziesięciu, piętnastu, dwudziestu – kraj osiągnął znacznie większy dobrobyt w dziedzinie mechaniki, nauki, a nawet rozwoju fizycznego niż za ery Walluna. Jeden po drugim badacze dowiadywali się, że to, co wcześniej było możliwe jedynie za pomocą wynalazków mechanicznych, znacznie łatwiej było osiągnąć środkami czysto mentalnymi. Odkryli, że można opuścić ciało fizyczne i poruszać się w ciele astralnym w dowolnym kierunku, przemieszczając się natychmiastowo, jak prąd elektryczny, na dowolną odległość, a jednocześnie wykonywać pewne czynności fizyczne. W rezultacie wszystkie urządzenia – veilux, neim i tym podobne – zostały niemal zapomniane, podobnie jak w Suern.

Ale gdy tylko to się stało, większość mieszkańców Posejdonii uzależniła się od duchowieństwa, gdyż tylko kilka spośród nich wielkich umysłów nauczyło się penetrować głębiny nocnej strony Natury, podczas gdy większość nie posiadała takiej wiedzy. W następstwie tego władza została nieuchronnie wypaczona; Tylko nieliczni byli mistrzami, a ludzie mniej zaawansowani od nich nie mieli do kogo zwrócić się o pomoc w razie potrzeby, gdyż mistrz w sferze psychiki był niewrażliwy na prawa świata fizycznego.

Nadszedł dzień, w którym naprawdę „dojrzeją” żniwa w kraju i w ludziach. Gruszka, która spadła na ziemię, nie może być idealna, ponieważ w jej wnętrzu rozpoczyna się proces gnicia, rozprzestrzeniający się od rdzenia do skórki i prowadzący do nieuniknionego końca. Podobnie w Posejdonii – od rdzenia na zewnątrz – zaczęła się szerzyć korupcja. I takim rdzeniem była edukacja publiczna. Kiedykolwiek któryś z narodów Ziemi przestaje kształcić młode pokolenie, zaczyna się jego rozkład. W Posejdonii tylko nieliczni osiągnęli naprawdę głęboką wiedzę o siłach natury, a słabo wykształcona większość nie mogła liczyć na ich dogonienie. I wszyscy przymykali oczy na to, jak wielkie osiągnięcia tego kraju stopniowo zanikały.

Niecałe trzydzieści wieków po panowaniu Walluna Posejdonia stała się kopią Suerna, ale jeszcze bardziej rozłożoną: deprawacja, chciwość, namiętność i żądza władzy zabójczo chwyciły największych ludzi, jakich kiedykolwiek znano na ziemi. Kiedy czytacie w pismach żydowskich o zniszczeniu miast Doliny, nie podejrzewacie, że jest to relacja o losie Marceusa i Terny, zmiecionych przez siły Nawaza, sposób rządzenia, jaki zastosowali mieszkańcy Atla zapomniał. Ich zagłada była zapowiedzią zagłady całego kontynentu dziewięć wieków później. Tak, Posejdonia wzniosła się na wysokość niewyobrażalną nawet dla najdzikszych naukowych fantazji współczesnego świata, po pewnym cyklu wyrosła, rozkwitła i zgniła.

Ameryka to Posejdonia, która powróciła, odrodziła się i zobaczy, jak jej naukowe umysły powtarzają przeszłe osiągnięcia, ale na wyższym poziomie. Kiedy miną wieki, ponownie ujrzy kolejne wcielenia dusz, które były dumą Atlasa. Ale to doprowadzi do lepszego rezultatu, ponieważ Ameryka rozwinęła już ten element duszy, który, gdy jej lud był Posejdończykami, dopiero zaczynał się wyłaniać. Dlatego przez powtarzanie, dojdzie do rzeczy większych - posiądzie wszystkie cuda Atli w zjednoczeniu z Wielką Istotą, której przyjście przepowiedział ludzkości Ten, który był Nazarejczykiem. Kraj stanie się zamożny, a następnie, w pełni swoich dni, doświadczy upadku. Stanie się to jednak nie wcześniej niż za czterdzieści i pół wieku.

Rozdział 7

TRANSFORMACJA

Mógłbym przytoczyć jeszcze wiele scen z poprzednich wcieleń, ale to wystarczy. Wróćmy teraz do naszej teraźniejszości. Ponowne połączenie dwóch połówek Ego jest możliwe tylko wtedy, gdy bliźniacze dusze, męska i żeńska, pomyślnie przejdą decydujący test, obie staną się doskonałe i w końcu osiągną ten sam poziom. To jest mecz stworzony w niebie. A wtedy myśli, wola i działania tej dwójki stają się takie same i wszystko dzieje się dla nich w tym samym czasie, ponieważ dwa różne ego - żeńskie, reprezentujące aspekt negatywny i męskie, niosące pozytyw - są zjednoczone. Łącząc swoje potencjały w jeden, zdobywają Ducha, czyli JESTEM, który zawsze pozostawał niepodzielny i jednakowo oświecony każdą duszę z pary. W ten sposób następuje ich ostateczne spotkanie.

Zatem Firis stała się mną, żyjącym, istniejącym, immanentnym i razem przekazujemy to przesłanie. Ona jest mną, ale jednocześnie - och, tajemnicza prawda! - pozostaje sobą. Jestem nią, ale też pozostaję sobą. Ja mówię i ona mówi; – mówi, a ja to mówię. Jesteśmy jedną istotą, jednym duchem, androgynem. Jesteśmy doskonali, ale nie tak doskonali jak nasz Ojciec, ponieważ jest On doskonałą Istotą Bezwarunkową, ale nasza doskonałość jest tylko częściowo podobna do tej, ponieważ wszyscy jesteśmy od Boga, a On nie jest przez nas stworzony. Gdyby to nie była prawda, wówczas osiągnięcie doskonałości – osiągnięcie jej przez Jezusa lub jakiegokolwiek innego syna Ojca – doprowadziłoby nas w jej realizacji do zniknięcia. Ale tylko grzeszne dusze są wrzucane na drugą śmierć i skazane są na syzyfową pracę, dopóki im się to nie uda.

Oczywiście można osiągnąć doskonałość pod każdym względem, z wyjątkiem doskonałości Całości. Dzieje się tak dlatego, że wszyscy jesteśmy tylko częściami Ojca, a zatem wiecznie zjednoczeni z Nim, który jest sumą wszystkich części, i to przyciąga nas do poruszającej się do przodu Istoty. Nieustannie przyciągają nas inne cząstki, zarówno równe, jak i mniejsze. Każda część nieustannie dąży do całości, aby uniknąć śmierci, z wyjątkiem przypadków, gdy rzuca wyzwanie i zaprzecza swojej zależności od niej. Im doskonalsza cząstka, tym silniejsze jest jej przyciąganie do całości, gdyż doskonałość całości zależy od każdej jej części.

Nie ma śmierci, są zmiany. Osobowość może zaniknąć, grzeszna dusza może zginąć, a ona sama i jej czyny mogą zostać zniszczone, ale Duch od Ojca nie umiera. Jeśli Twoja dusza nie uzyska życia wiecznego, jeśli nie zobaczysz swojej duszy w wyniku rozwoju wielu wieków, gdyż zatraciła się ona w drugiej śmierci, to Tobie, Duchu - synu naszego Ojca, przeznaczone jest stworzyć nową duszę, aby ofiarować ją jako godny dar Panu, a potem ją ujarzmić, podporządkować swą duszę, zjednoczyć ją z Bogiem przez Chrystusa, uznając, że pochodzi ona od Niego, jest Mu dana przez Boga i ma służyć Stwórcy. Jeśli sprawisz, że twoja dusza będzie ci poddana w Jego służbie, będziesz ją mieć na zawsze. Ale jeśli sam będziesz jej służył, stracisz ją i będziesz musiał wskrzesić inną duszę, co zajmie miliardy lat.

Czy chcesz podążać wskazaną przeze mnie Drogą, która prowadzi do Królestwa? Jeśli chcesz rozpocząć badania okultystyczne, zaufaj sobie, w przeciwnym razie zamieni się to w labirynt pełen pułapek dla twoich stóp. Lepiej unikać Tajemnej Mądrości, niż ponieść porażkę, gdyż wąska jest brama i wąska ścieżka prowadząca do Bycia i tylko nieliczni ją znajdują.

Teraz mnie rozumiesz? Dobre drzewo nie może wydawać złych owoców; tylko złe drzewo je rodzi. Czy zetniesz mnie i w ogień wrzucisz, który świadczy o Duchu? „Nie każdy, kto Mi mówi: «Panie! Panie!”, wejdzie do Królestwa Niebieskiego, ale ten, kto pełni wolę mojego Ojca, który jest w niebie”. Czas jest krótki. Powiedziałem. Pokój niech będzie z tobą.

 

Koniec

POSŁOWO AUTORA

Przyjaciele, minęło trzynaście lat, odkąd podyktowałem tę książkę. Celowo opóźniłem jego publikację, aby ówczesne wypowiedzi nabrały wagi, dzięki spełnieniu się wielu przewidywań, które znaleźliście pod tą przykrywką, przewidywań, które wówczas absolutnie niczym się nie potwierdziły, a ponadto uznano za przez naukę za chimerę. Proroctwo byłoby niemożliwe w bezbożnej przestrzeni i gdyby wibracja nie była prawem, żaden umysł nie mógłby dostroić się do Stwórcy ani któregokolwiek z Jego sług. Każda żywa istota służy stworzeniu bezpośrednio po niej. Dzisiejszy dzień świadczy o wierze tych, którzy przyjęli moje słowa i zdobyli wiedzę. Wiele przepowiedni się spełniło, inne się spełnią. Tak więc w dzisiejszy Dzień, w połowie ostatniego roku stulecia, przynoszę...

WSPANIAŁY KAMIEŃ

Nadszedł czas Podziału Ścieżki – wybiła północna godzina Cyklu, która w większym stopniu niż inne stworzyła Wielki Podział Życia. Kiedy po raz pierwszy zacząłem dyktować tę książkę, pozostało tylko kilka sekund do końca Dnia szóstego. I teraz w ciągu kilku sekund spełniają się słowa Zasiadającego na tronie: „Oto czynię wszystko nowe”. Wybiła godzina. A teraz „Zwycięzca odziedziczy wszystko i będę mu Bogiem, a on będzie moim synem” (Obj. 21:7). Odnosi się to do tych, którzy położyli ręce na Pługu, których stopy chodzą w bruździe i którzy nie odwrócą się, dopóki nie zakończy się Szósty Cykl. „Strażnicy (niezdolni do dokonania wyboru) i niewierni (nie wznoszący się ponad ziemskie, zniszczalne), obrzydliwi i mordercy, rozpustnicy i czarownicy, bałwochwalcy i wszyscy kłamcy - ich los (wielka karma świata) jest w jeziorze płonącym ogniem i siarką; to jest śmierć druga” (Obj. 21:8). Gdy głupcy poszli kupić oliwę, przyszedł pan młody i wszedł z tymi, które były gotowe, do komnaty ślubnej, a drzwi zamknięto za nimi. A kiedy wrócili, głupcy znaleźli się za zamkniętymi drzwiami. Umiłowani, pamiętajcie słowa wypowiedziane przez apostołów Chrystusa, że ​​w czasach ostatecznych przed końcem Wieku „pojawią się szydercy, postępujący według własnych bezbożnych pożądliwości” (Judy 18). „Ale ci oczerniają to, czego nie znają; To, co z natury znają, niczym nieme zwierzęta, psują się” (Judy 10). Ci ludzie, oddzielający się na rozstaju dróg, idący w ślepą uliczkę, nie mający Ducha (Judy 19), są przykładem tych, którzy będą musieli doświadczyć karzącego sądu ognia na końcu wieku .

Często mówiłem, że Ameryka to powrót Atlantydy i wiele powiedziano, choć ogólnie, o narodzinach, wzroście i upadku jej starożytnego prototypu. Zasugerowałem tu i ówdzie, bardziej w sposób dorozumiany niż przez bezpośrednie stwierdzenie, że skoro Ameryka stanie się potęgą większą niż Atl, ponieważ jest Atl, która powróciła na wyższy poziom, będzie musiała zarówno przetrwać katastrofy, jak i przywrócić dawną chwałę zatopiony kontynent. Kara nałożona na Posejdonię była ostatecznym wyrokiem tamtej epoki. Wiek za wiekiem mijał w magicznej procesji Czasu, odkąd słońce spojrzało w dół na przestrzeń wód oceanu w dole, gdzie zaledwie dwa dni wcześniej znajdował się królewski kontynent wyspowy. Nowy cykl dobiega końca, wybiła jego ostatnia godzina. Wszystko, co niedoskonałe, w ostatnim Dniu Szóstym powróciło, by usłyszeć wielki, wyważony i nieubłagany werdykt wydany przez jedynego sędziego – Prawdę. Nie pozostanie żadna plama ani skaza. I nic nie można naprawić, aby uniknąć kary karmicznej, ponieważ czas minie i zostanie nałożona jego pieczęć. „Niech niesprawiedliwi nadal czynią niesprawiedliwość; niech nieczysty nadal będzie nieczysty; niech sprawiedliwi nadal czynią sprawiedliwość, a święty niech nadal będzie uświęcony. Oto przyjdę rychło, a moja nagroda jest ze mną, aby oddać każdemu według jego uczynków” (Obj. 22:11, 12). Wielka Karma bezbłędnie prowadzi każdego grzesznika z powrotem do poziomu, który osiągnął, gdzie niespokojne siły zwierzęce przejmują kontrolę nad zasadą ludzką. A dla tych, którzy stracili władzę nad swoim niższym ja w szóstym cyklu, nie będzie miejsca w siódmym. W końcowych latach odchodzącego cyklu ktoś zostawia żonę na łasce losu, co oznacza, że ​​odrzuca swoje prawo do narodzin w New Age. Inny, przez słabość woli, próbuje utopić swój smutek w winie, ale zatapia zdobycze swojej duszy. Kobieta łamie przysięgę małżeńską, a bramy New Age zatrzasną się przed nią. Złodziej kradnie i co? Kradnie własną nagrodę. Ktoś odbiera życie swojemu sąsiadowi i wymazuje jego nazwisko z list „Dzisiaj”. Inny ślubuje dotrzymać ślubowania, ale je łamie i gdy grób pochłonie jego fizyczne ciało, nie obudzi się w Nowym Dniu, bo brakuje mu woli życia. Człowieka pochowano z najwyższymi honorami, lecz za życia bezdusznie powiększał swoje konto bankowe, okradając sąsiadów, a jego nagrobek, który był wart więcej niż złoto, góruje nad jego doczesnymi szczątkami i martwymi nadziejami zmartwychwstania. Sprzedała ciało, sprzedawca i kupujący to podłe towarzystwo w lochach Dnia Wczorajszego, nie wyjdą na światło Dnia Dzisiejszego, dopóki nie minie niezmierzona liczba cykli i nie minie „śmierć i piekło”. uwolnili swoich mieszkańców. Rzuciliśmy jedynie okiem na Zakończone Dokumenty. Teraz przewróćmy stronę. To nie są dzieła miłości; miłość i ci, którzy ją dają, żyją wiecznie. Ktoś uśmiechał się, gdy uśmiech był równoznaczny z bohaterstwem, i dodawał otuchy słabym duszom. Niektórzy odwiedzali chorych i więźniów. Ktoś dał ubrania zmarzniętemu podróżnikowi.Ktoś oddał połowę ostatniego kawałka chleba nawet głodnemu psu. Zaprawdę, oni wszyscy zostaną nagrodzeni w Dniu świtu! Źli ludzie nie są źli we wszystkim, tak jak dobrzy ludzie nie są dobrzy we wszystkim. Ten, który wiódł haniebne życie, ale zawsze w głębi serca trzymał nadzieję na najlepsze, modląc się o śmierć jako wyzwolenie,

„Patrząc za zasłonę minionych haniebnych lat, Do odległych szczytów, gdzie migocze górskie światło” – zaprawdę, tacy zostaną ukarani, lecz odrodzą się w chwale Dnia Dzisiejszego. Kara jest wyczerpująca, wymagająca i powolna. Prowadzi ich Wielka Karma, jak prowadzi wszystkich innych, bo to jest miłosierdzie Chrystusa, leczące rany duchowe.

Przez wiele, wiele lat proroctwa przedstawiały koniec Wieku jako czas smutku, przedstawiając straszliwe sceny śmiertelnego horroru. Czy mam powiedzieć, że te przewidywania się nie spełnią? Czy Księga Apokalipsy jest pustą alegorią? Ach, gdyby tak było! Ale tak jak epokę Posejdonii nawiedziła poważna choroba, tak i ta, która właśnie minęła. Czy Amerykę i resztę świata spotka to samo nieszczęście? Niestety, co gorsza, śmierć grozi nie z powodu wody, ale ognia. Czy całe życie zostanie zniszczone, pozostawiając planetę w ruinie? Nieszczęścia będą spadać, dopóki ludzie nie osiągną całkowitego posłuszeństwa i harmonii z boskim prawem; Słowa nie są w stanie opisać strasznych scen. Oto przesłanie końca wieku: „...w sercu moim jest dzień pomsty i nadszedł rok mojego odkupienia” (Izaj. 63:4). „Oto nadejdzie dzień palący jak piec” (Mal. 4:1).

Wybiła godzina. I nie ma tu żadnej tajemnicy, żadnej nadprzyrodzonej kary, żadnej kary nałożonej przez krnąbrnego, obrażonego, osobowego Boga, nic w stylu „człowiek proponuje, Bóg rozporządza”. Wszystko zależy tylko od działań człowieka. Ten sam zgubił drogę i niosąc w sobie boską naturę, którą powinien był szanować i pielęgnować, zastępując ją kultem swojego niższego ja i mamony, porzucił Miłość, pozwalając rządzić okrucieństwu, pożądaniu, chciwości i zbuntowanej zwierzęcej zmysłowości jego życie. Człowiek jest swoim własnym sędzią i katem. Człowiek jest stemplem, wszechświat jest odciskiem. Natura jest stworzona na obraz człowieka, a nie odwrotnie. On, istota posiadająca wolną wolę, sprawia, że ​​manifestacja wszystkich przyszłych katastrof jest nieunikniona. Będzie musiał ponieść konsekwencje Dnia Sądu; co zasiał, to i żąć będzie. O człowieku, który zapomniałeś o Miłości, Miłosierdziu, Sprawiedliwości, który kultywowałeś Nienawiść, Okrucieństwo, którego zatwardziałość serca spowodowała i powoduje cierpienie niezliczonych milionów ludzi, czy to możliwe, że byłeś tak ślepy, że nie widziałeś napisu na ścianie ? Niestety, tak jest! Duch egoizmu, chciwości i bezwzględnej zachłanności jest wściekły. Jego ręka kieruje pociągami i parowcami, puka w klawisz telegrafu, kontroluje centrale telefoniczne, kpi z wolności słowa, pozwala drukować tylko to, co zadowala właściciela; każde ludzkie przedsięwzięcie, cała polityka krajowa i organizacje międzynarodowe, a nawet kościoły stały się posłusznymi wasalami tego demona – niższego ja. Co dalej? Jego zły wpływ zagraża ze wszystkich stron, a rasa ludzka i wszystkie niższe istoty stają się ofiarami. Murarze pracujący przy wysokim murze krzyczą, gdy spada cegła: „Uważaj. Nie stój pod ścianą.”

Tak, odsuń się! Świat upada. Nie gromadź więcej przestępstw rasowych i osobistych wymagających pokuty; Projekt ustawy przedstawiony przez Wielką Karmę jest już tak zastraszająco duży, że nie warto dokładać do niego nowych długów i ciągnąć go w nieskończoność. Gniew mężczyzn i kobiet, chłopców i dziewcząt, wolnych jedynie w słowach, którym grozi śmierć głodowa, jest wściekły. Oni – głodni, zmarznięci, na wpół ubrani, bezdomni – nie mogą znaleźć pracy, choć bardzo jej szukają, bo ich rywalem jest bezduszna machina korporacji i monopoli, eksploatująca zaufanie ludzi. Ten nieludzki obraz jest regułą, a nie wyjątkiem. I wiesz to wszystko na pewno. Nie donoszę niczego nowego, a wszystkie przerażające fakty wcale nie są przesadzone. Podobnie, choć w znacznie mniejszym stopniu, charakterystyczny był koniec każdej epoki; podobnie było w Posejdonii i dlatego powtarza się i teraz. Ale odtąd tak nie będzie, gdyż TUTAJ JEST PODZIAŁ ŚCIEŻKI. Posejdonia powróciła, podobnie jak ci, którzy należą do Szóstej Ery. A kiedy nadejdzie czas, Żniwiarz będzie żął w ogniu i nie będzie miejsca, w którym ci, którzy nie zmienili swoich serc, mogliby zostać fizycznie ocaleni. Czas zostanie skrócony i żadne ciało nie zostanie ocalone! Uważaj! Ryk ruchu uzbrojonych wojowników musi zastąpić grzmoty czasów. Nie ma sposobu, aby zapobiec nadchodzącej zemście (choć może się wydawać, że trwała ona zbyt długo, ponieważ wyjaśniono jej przyczyny. Jest już za późno, aby próbować złagodzić skutki błędnego prowadzenia ducha, który teraz podnosi przyłbicę) Krótka, ale gorąca bitwa, wierzenia tonące we krwi, już malujące horyzont na czerwono Wyćwiczone wojska, miliony ludzi w czynnej armii i w rezerwie, którzy teraz biorą udział w bitwie, pojmani przez wojenną gorączkę. poddadzą się i przez stosunkowo długi czas znajdą się razem z bliskimi, zdeptani po piętach i zmiażdżeni uciskiem zorganizowanego Kapitału, który będąc sam w sobie naturalnym owocem egoizmu, nie jest niczym więcej niż zbuntowana zwierzęca zasada, pozwalająca nielicznym stać się panami wielu ludzi, zaprzeczająca danemu przez Boga przykazaniu, że wszyscy są stworzeni wolni i równi, przekręcając to przykazanie tak, że wydaje się to wielkim kłamstwem. Wkrótce będzie to dobre dla milionów ludzi. wyszkoleni żołnierze powstaną przeciwko widocznemu wrogowi - bogatym i potężnym, którzy w rzeczywistości nie są bardziej winni tego, co się dzieje, niż ich przeciwnicy, a jedyną winną jest ta okrutna Moc zła, która jest osadzona w każdym ludzkim przedsięwzięciu. Wtedy ich siły rozpadną się na formacje, które nie przestrzegają praw, decydując się na zaspokojenie swoich dążeń, a każdy samolubny zbroi się przeciwko swoim sąsiadom. A wtedy ukryta nienawiść, dzikość i egoizm, narosły przez wieki egoizm, kontrolowany przez nieokiełznaną zwierzęcą naturę, wybuchnie burzą niespotykaną dotąd na Ziemi. Nie, nic takiego nie wydarzyło się przez wszystkie stulecia, które omawiam, przez wszystkie stulecia zapomniane przez wiele tysiącleci.Ta pozbawiona miłości walka będzie początkiem faktu, że w naturalnym biegu rzeczy tylko nieliczni pozostaną przy życiu. W wyniku tej walki zaraza, jakiej nigdy wcześniej nie było, wkrótce i mocno spadnie na ludzi, ogarnie całą planetę i w tamtych czasach nie będzie wystarczającej liczby ludzi, aby grzebać zmarłych, dopóki to zło nie przeminie, bo będzie tysiące razy więcej zabitych z powodu chorób niż tych, którzy polegli w brutalnych wojnach. Wszystko to stanie się dlatego, że miłość, która powinna uszlachetniać i zmiękczać ludzkie serca, na koniec cyklu wyschnie i przerodzi się w autoironię, pozostawiając jedynie nieliczne oazy, nieliczne i niemające ze sobą żadnego związku. Natura podąża za człowiekiem. Wody na ziemi wyschną, deszcze ustaną, cyklony przetoczą się przez planetę, wystąpią trzęsienia ziemi, jakie nigdy wcześniej nie miały miejsca w całej historii ludzkości. Tak, to wszystko przypomina mi Posejdonię. A wszystko stanie się z przyczyn naturalnych - zgodnie z egoizmem, pożądliwością, chciwością, złośliwością i ogólną deprawacją Wzoru. Podczas gdy płoną w ludzkiej piersi, powietrze, suche i nie przesiąknięte wilgocią, pod szkarłatnym niebem wywoła ciepło słoneczne, tak okrutne, jakiego nie znano nigdy w całej historii Ziemi. Wyschnięta planeta niczym kocioł zostanie pokryta górami ludzkich zwłok, ludzie nie będą już mieli czasu na choroby. Tak, nie będą chcieli widzieć proroczych słów wciąż migoczących na ścianie, choć pisanych dla minionych czasów. Więc odwróć się i przeczytaj, zanim zada ostateczny cios.

Uczniowie zapytali Wielkiego Nauczyciela: „Kiedy to wszystko się stanie?” A on odpowiedział: „Kiedy ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wiedzcie, że zbliża się jej spustoszenie... Są to bowiem dni pomsty, aby wypełniło się wszystko, co jest napisane” (Łk 21,20.22).

Przyjaciele, poznajcie znaczenie słowa „Jerozolima”. Oznacza „wizję świata”. Rzeczywiście, tak jest. Jeden po drugim, przez lata, wypełniały się wszystkie znaki końca Wieku, z wyjątkiem jednego. Ale to dopiero początek boleści, gdyż Duch Wolności wciąż żyje tu i ówdzie w piersiach tych, którzy kochali swoich bliźnich. Duch ten przyodział się w uroczyste fałdy Gwiazd i Pasków i ogłosił nieśmiertelną deklarację równości ludzi, dając każdemu tę samą wolność, do której rościli sobie prawo Amerykanie. Ale teraz Wizja Świata jest gęsto otoczona przez wojsko, a ostatnią lukę wypełniają żołnierze w niebieskich mundurach, którzy zakuwają w kajdany mamonów handlowych innych ludzi żyjących na tropikalnych wyspach. Niestety, gwiaździsta flaga opadła smutno nad wrodzonym prawem do wolności, sprzedanym za gulasz z soczewicy. Moi ludzie, och, moi ludzie! Co siejesz, to zbierasz. Wizja Świata Duchowego jest zasłonięta przez chmury pyłu z obozów wojskowych; nie widać nawet przebłysku jego blasku. Wtedy nadejdzie koniec. Syn niestrudzenie woła z nieba: „Uważajcie! Schroń się w cieniu krzyża.”

Czy w czasach odkupienia muszą cierpieć ci, którzy naprawdę nie mieli zamiaru zła? Ach, nie miał na myśli nic złego. W każdym życiu, czy to wierzącego, ateisty, czy po prostu ignoranta we wszystkich naukach i wierzeniach, przychodzi taki czas, kiedy najskrytszy duch błaga duszę, aby wzniosła się wyżej. Błaga raz za razem, dopóki pozostaje choćby najmniejsza nadzieja. Bezczynność też jest karalna. „…..Jakże ujdziemy, zaniedbawszy tak wielkie zbawienie” (Hbr 2:3), odbijało się to echem przez cały mijający Wiek. Ogień parzy palce dziecka tak samo jak dorosłego. Byli i są tacy, którzy żyli i żyją Krzyżem. Nie zaakceptują cierpienia, nawet cierpienie śmierci fizycznej ich nie spotka – nie mają karmy, za którą mogliby odpokutować.

Czym jest Krzyż? Kim jest Chrystus? Już mówiłem, ale powtórzę jeszcze raz: Boski przepływ Życia, Nieznany Bóg – to pionowa poprzeczka Życiodajnego Krzyża. Ukierunkowana, celowa Wola Ludzka jest horyzontalna. Ta siła woli jest naszym wezwaniem do Jego Imienia, które nigdy nie pozostaje bez odpowiedzi. Jezus Nazarejczyk dał nam wzór. Poświęcił się dla nas. Powiedział: „Pójdź za mną”. Powiedział też: „...jeśli ktoś chce pójść za Mną, odwróć się, weź swój krzyż i naśladuj mnie” (Mt 16,24). Wyrzeczenie się siebie oznacza wyrzeczenie się swojego niższego, zwierzęcego ja. U człowieka pogarsza się całe zwierzę. Żadna hiena nie jest tak zdradliwa, żaden tygrys nie jest tak okrutny, żaden dzik nie jest tak głupi, żadna fretka nie powoduje takiego zniszczenia. Żadne zwierzę żadnego rodzaju nie może osiągnąć takiej pełni cech swojej natury jak człowiek, który cierpi, ponieważ wszystkie te zwierzęce cechy buntują się w nim, a dzieje się tak dlatego, że jego ludzka dusza jest zniewolona przez zwierzę.

Natura zwierzęca to po prostu niekontrolowana siła, żyjąca w ciele lub poza nim. Pod przewodnictwem, pod kontrolą woli przestaje być zwierzęciem. Ale poddając się temu przywództwu, musi wyrzec się nieposłuszeństwa zasadom, nieposłuszeństwa, które nigdy nie jest przyjemne, a często bolesne. To zawsze jest poświęcenie. Jej symbolem jest krzyż. Dla nas Chrystus poświęcił swoje „ja” na tym krzyżu Odwiecznego Boskiego Strumienia, który zawiera wszystko i wypływa niewiadomo gdzie i gdzie. Nie umniejszam znaczenia krzyża Kalwarii – jest on realny i na zawsze pozostanie w historii! „Podążaj za mną”. Właśnie na tym Krzyżu dzień po dniu, chwila po chwili, skupiając całą naszą wolę, zgodnie z poleceniem Chrystusa, abyśmy mogli wzrastać i upodabniać się do Niego, musimy także poświęcić swoje „ja”, poświęcić znajdującą się w nas zwierzęcą naturę. A to oznacza, że służąc Bogu powinniśmy przejąć kontrolę nad tymi zmiennymi energiami, które buntując się zamieniają Ziemię w prawdziwe piekło i wypierają Miłość, zastępując ją niższym Ja. Mówi się, że małe dziecko będzie prowadzić ludzi. Zaprawdę, „małe dziecko” – Duch, kiedy nadejdzie Nowy Czas, będzie zarządzało menażerią w człowieku; i wtedy osoba będzie w stanie, tak jak Cuong, kontrolować każde zwierzę na zewnątrz. To jest największa moc. Dlatego w Nowym Czasie ani jedna bestia w ludzkiej postaci, ani w bardziej niedoskonałym zwierzęciu, ani po prostu groźna burza czy choroba nie mogą wyrządzić żadnej krzywdy.

Kiedy duch ludzki w końcu się opamięta, będzie On pasł zbuntowane tłumy „laską żelazną” (Obj. 12:5), rządząc dla ich dobra, oswajając je w mgnieniu oka, tak jak Cuong oswoił pumę, uniemożliwiając jej spełnienie jej woli. Duch zniszczy to dotychczas nieokiełznane zwierzę dzięki Krzyżowi, zamieniając je w sługę Ojca. W Dniu Dzisiejszym wszystko stanie się nowe, ponieważ warunki życia wkrótce zmienią się tak bardzo, że ci, którzy trzymają się starego, nie znajdą ani w przyrodzie, ani nigdzie indziej niczego, co podlegałoby starej mocy.

A teraz powiem zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek. Siódmy cykl jest cyklem Ducha. Aby istnieć w dzisiejszych czasach, potrzebny jest duchowy wzrok i słuch, a wszystkie zmysły muszą być wyostrzone. Musimy przestać wpływać na przyrodę prymitywnymi środkami. Podobnie jak w przypadku Hesperusa, wpływ ten powinni wywierać ci, którzy posługując się Krzyżem w każdym działaniu swego życia, nie zejdą z kursu ani w prawo, ani w lewo, nigdy, w żadnej małej czy dużej sprawie, nie sprawią, że błąd, wiedząc, że nawet gdy dobro nadejdzie, może przynieść jedynie ból i karę. Nikt, kto czyni zło, ostatecznie nie zostanie zgubiony, ponieważ Bóg jest ostrożnym zarządcą. Stale i bezwarunkowo przekształca wszystko od niskiego do wysokiego. Niektórzy będą musieli znieść cios odpłacającej sprawiedliwości Wielkiej Karmy, większość będzie musiała doświadczyć ognia transformacji w takim czy innym stopniu; Gniew Boży jest surowością Miłości.

A potem nadejdą czasy, kiedy wszystko stanie się nowe. Pomyśl o tym, co się wtedy stanie? Czy cały świat nie stanie się tak piękny, jak zawsze marzyłeś? To prawda, że ​​populacja świata nie będzie tak duża, jak sobie wyobrażają ci, którzy prognozują na podstawie spisów powszechnych. Tam, gdzie żyły tysiące, będą żyć dziesiątki. Wielkość i moc nie zależą od ilości. Pamiętacie armię saldyjską i Raya Ernona: kto miał większą władzę – on czy te nieszczęsne wojska? Ale ani jedna dusza nie zostanie zgubiona, Bóg ma miejsce dla każdego.

Mówi się, że po tysiącu lat szatan zostanie na krótki czas uwolniony. To prawda. Albowiem wśród ludzi tej rasy, posiadających tak zdumiewające moce, będą ludzie, choć nieliczni, którzy zdobyli te moce samym intelektem. Ci, którzy nie posiadają Ducha, nadużyją otrzymanego przywileju i brutalnie zaatakują to, co doskonałe, a wtedy dopadnie ich karma. Ponieważ wiele im dano, wiele będzie się od nich wymagać i dlatego ich karmiczne odkupienie będzie nieopisanie intensywne.

Gniew Boży jest surowością Miłości. Wszystko zmieni się z niskiego na wysokie. Nadchodzące lata będą okryte światłem chwały - Wielcy, wolni Ludzie chwały. Przepowiedział to święty, mędrzec, prorok, poeta, I śpiewano majestatyczny obraz tego świtu. Nad Morzem Przyszłości, którego brzeg zalewają promienie, Nie będę musiał przed nikim zginać kolan, Jak równy człowiek stanie się wśród świętych. Obudź się, duszo moja, odrzuciwszy lęki i wątpliwości, Spójrz na magiczną twarz poranka, Posłuchaj piosenki, słodkiej i cudownej, Pochodzący z odległych złotych dni. Oto hymn uroczystej Wolności, Majestatyczna pieśń nadchodzącego Ludu.

 

Ponowne połączenie dwóch połówek Ego jest możliwe tylko wtedy, gdy bliźniacze dusze, męska i żeńska, pomyślnie przejdą decydujący test, obie staną się doskonałe i w końcu osiągną ten sam poziom. To jest mecz stworzony w niebie. A wtedy myśli, wola i działania tej dwójki stają się takie same i wszystko dzieje się dla nich w tym samym czasie, ponieważ dwa różne ego - żeńskie, reprezentujące aspekt negatywny i męskie, niosące pozytyw - są zjednoczone. Łącząc swoje potencjały w jeden, zdobywają Ducha, czyli JESTEM, który zawsze pozostawał niepodzielny i jednakowo oświecający każdą duszę z pary. W ten sposób następuje ich ostateczne spotkanie.

Zatem Firis stała się mną, żyjącym, istniejącym, immanentnym i razem przekazujemy to przesłanie. Ona jest mną, ale jednocześnie - och, tajemnicza prawda! - pozostaje sobą. Jestem nią, ale też pozostaję sobą. Ja mówię i ona mówi; – mówi, a ja to mówię. Jesteśmy jedną istotą, jednym duchem, androgynem. Jesteśmy doskonali, ale nie tak doskonali jak nasz Ojciec, ponieważ jest On doskonałą Istotą Bezwarunkową, ale nasza doskonałość jest tylko częściowo podobna do tej, ponieważ wszyscy jesteśmy od Boga, a On nie jest przez nas stworzony. Gdyby to nie była prawda, wówczas osiągnięcie doskonałości – osiągnięcie jej przez Jezusa lub jakiegokolwiek innego syna Ojca – doprowadziłoby nas w jej realizacji do zniknięcia. Ale tylko grzeszne dusze są wrzucane na drugą śmierć i skazane są na syzyfową pracę, dopóki im się to nie uda.

Oczywiście można osiągnąć doskonałość pod każdym względem, z wyjątkiem doskonałości Całości. Dzieje się tak dlatego, że wszyscy jesteśmy tylko częściami Ojca, a zatem wiecznie zjednoczeni z Nim, który jest sumą wszystkich części, i to przyciąga nas do poruszającej się do przodu Istoty. Nieustannie przyciągają nas inne cząstki, zarówno równe, jak i mniejsze. Każda część nieustannie dąży do całości, aby uniknąć śmierci, z wyjątkiem przypadków, gdy rzuca wyzwanie i zaprzecza swojej zależności od niej. Im doskonalsza cząstka, tym silniejsze jest jej przyciąganie do całości, gdyż doskonałość całości zależy od każdej jej części.

Nie ma śmierci, są zmiany. Osobowość może zaniknąć, grzeszna dusza może zginąć, a ona sama i jej czyny mogą zostać zniszczone, ale Duch JESTEM nie umiera.

Jeśli Twoja, Duchu - synu naszego Ojca, dusza nie uzyska życia wiecznego, jeśli nie zobaczysz swojej duszy w wyniku rozwoju wielu wieków, gdyż zatraciła się ona w drugiej śmierci, to Duch JESTEM, powołuje nową duszę, aby ofiarować ją jako godny dar Panu. Ujarzmia, podporządkowujeć tą duszę, jednoczy ją z Bogiem przez Chrystusa, uznając, że pochodzi ona od Niego. Jest Mu ona dana przez Boga i ma służyć Stwórcy. Jeśli Duch sprawi, że nowa dusza będzie poddana w służeniu Jemu, to będzie u Niego na zawsze. Ale jeśli nie będzie Duchowi służyć, zostanie utracona a Duch powołuje inną duszę, co zajmie miliardy lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz